sobota, 31 października 2015

Rozdział XVIII

Przepraszam, że przez dwa miesiące nie wstawiałam rozdziału, ale chyba po prostu musiałam zrobić sobie przerwę. Raczej nici z planów skończenia tego opowiadania do końca roku :(
Ale to nie ważne. Na początku chciałam stworzyć halloweenowy one shoot, ale potem wpadłam na, moim zdaniem, lepszy pomysł i w ten sposób powstał nowy osiemnasty rozdział, a początek wcześniejszego stanie się rozpoczęciem dziewiętnastego.

PS. Na końcu powinniście domyślić się, dlaczego prawie cały rozdział napisany jest kursywą :)

Miłego czytania
Camille xx



 

„Bo naj­bar­dziej nie cier­pię wol­ne­go cza­su, kiedy budzą się wspom­nienia i odżywają oba­wy o przyszłość.”

Olivia Goldsmith

 

- Hej Sophie – powiedziała Alex, gdy tylko Underwood weszła do klasy.

- Hej Alex- odpowiedziała nastolatka, rozglądając się dookoła. Dzień wcześniej zebrali się całą klasą i ozdobili pomieszczenie z okazji halloween. Sophie pomagała oczywiście przy dekorowaniu, ale nie spodziewała się, że efekt może być aż tak powalający.

   Tablica obwieszona była pająkami oraz duchami z papieru i bibuły, na ścianach wisiały krwawe girlandy, kły, czy  pazury, wypisane zmywalnym sprejem magiczne formułki. Rośliny i drewka z tyłu klasy zostały połączone ze sobą sztuczną pajęczyną, po której przechodziły wyglądające bardzo realistycznie pająki. Nogi ławek oplecione były brązowymi lianami, a po blatach skradały się zabawkowe karaluchy. Biurko nauczyciela ozdobione było pomarańczowymi dyniami z wydrążonymi w nich strasznymi minami. Żaluzje zostały odsłonięte tylko do połowy, by pokój spowijał tajemniczy mrok.

- Ojejku jak tutaj pięknie! – wykrzyknęła Sophie z podziwem.

- Czemu się dziwisz? Przecież od początku było wiadome, że tacy genialni uczniowie jak my wymyślą coś cudownego – zażartował Joshua.

   Ich gromki śmiech został przerwany przez gwałtowne otworzenie drzwi i powstanie przez to przeciągu. Całą trójką zerknęli na wyjście z klasy. Stała tam Julie, ubrana w czarną, powłóczystą suknię. Jej twarz była upudrowana na biało, oczy wymalowane czarnym cieniem do powiek, a kości policzkowe podkreślone grafitowym pudrem. Czarne usta wykrzywiły się w grymasie. Włosy zostały przykryte czarnym welonem, a dłonie hebanowymi rękawiczkami. Gdy dziewczyna zrobiła krok, w całej sali słychać było echo jej obcasów. Podeszła do nich i oparła dłonie na biodrach.

- No co tam łamagi? Nie przebrani?

- A niby po co? – zapytał opryskliwie Joshua.

- A po to, by strój potwora mógł zasłonić twoja szkaradną gębę. – warknęła. Sophie zerknęła na kolegę, a gdy dostrzegła, że mięśnie jego ramion napinają się, położyła m dłoń na barku w kojącym geście.

- Spokojnie – wyszeptała. – Nie daj się sprowokować.

- Oj mamusia kazała ci przestać. Może jeszcze ma ci zmienić pieluchę? – zadrwiła Julie.

- A tobie może założyć błonę dziewiczą, hm? – zadrwiła Sophie i wyprowadziła chłopaka z sali. Wyszli na ciemny korytarz i skierowali się do podziemi. Zeszli po schodach i znaleźli się w jeszcze większych ciemnościach. Nie był to jednak ich punkt docelowy. Jak Josh miałby się uspokoić otoczony bandą rozgadanych nastolatków, rozmawiających  ze sobą, miedzy szatniami. Sophie chciała zaprowadzić kolegę do czytelni.

  Weszli do biblioteki i powiedzieli ciche „dzień dobry” do pani. Nauczycielka otworzyła usta, by opowiedzieć coś dziewczynie, ale ta tylko pokręciła przecząco głową i skierowała się na dział starych, rzadko czytanych  książek, który był jej ulubionym  miejscem. Przeszli wzdłuż regałów wypełnionych powieściami w białych lub kremowych okładkach, których tytuły napisane złotą czcionką były ledwo czytelne. Skierowali się do czytelni przeznaczonej dla osób zainteresowanych właśnie tego typu utworami. Była to najrzadziej odwiedzana część biblioteki, a tym samym ulubione miejsce Sophie w całej szkole. To tutaj przychodziła, gdy czuła się samotna, opuszczona. To tutaj przychodziła, kiedy miała dosyć całego świata, a zwłaszcza siebie. To tutaj znajdował się kawałeczek świata przeznaczony tylko i wyłącznie dla niej samej.

   Teraz natomiast przyprowadziła tutaj Joshuę, by i na niego zadziałał ten klimat. By chłopak poczuł uspokajające powiewy przeszłości, historii które wydarzyły się setki lat temu. By poczuł, że to co czuje nie ma większego znaczenia w dziejach ludzkości, czy wszechświata, a nawet jego całego życia.

   Josh opadł na najbliższe wolne krzesło i ukrył twarz w dłoniach. Dziewczyna usiadła obok i zaczęła masować jego napięte do granic możliwości ramiona.

  Patrzyła na tył jego głowy i zastanawiała się nad przemijalnością. Jeszcze kilka miesięcy temu Josh i Julie byli najlepszymi przyjaciółmi. Znali się niema od urodzenia. Ich domu znajdowały się obok siebie. Razem dorastali, dzieli ze sobą wszystko. Znali się jak łyse konie. Ale coś zaczęło się zmieniać. Jakiś bolesny cierń zaczął przeciskać się między ich dwoje, oddzielając ich od siebie. Josh ciągle był tym samym chłopakiem. Dobrze się uczył, był zabawny na swój własny, wyjątkowy sposób, a dziewczyny przepychała się jedna przed drugą, by zaprosić go na bal, czy dyskotekę. Jednak on zawsze odmawiał. On i Julie mieli tradycję, że zawsze chodzą na takie imprezy we dwoje, a jeśli ktoś im się spodoba to wtedy w czwórkę.

  Sophie pamiętała jak we wrześniu stała z Joshem na korytarzu, a chłopak opowiadał jej o kolejnych zaproszeniach na jesienny bal. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego odmawiał tym biednym dziewczynom. Próbowała udowodnić mu, że jego przyjaciółka nie jest tą samą osobą co kiedyś, ale on uparcie nie przyjmował tego do wiadomości.

   Minęło już pół godziny od zakończenia lekcji, więc w szkole zostali tylko oni oraz kilkanaścioro innych uczniów, chodzących na jakieś dodatkowe zajęcia. Nagle usłyszeli śmiech. Zza zakrętu wyłoniła się Julie i kapitan drużyny futbolowej. Dziewczyna wisiała na jego ramieniu, kierując się tam gdzie ją poprowadził. Sophie pamiętała jak Josh zamarł w oniemieniu. To on zawsze wiedział, gdy przyjaciółce ktoś się podobał, jednak o tym mięśniaku najwyraźniej nie miał pojęcia.

- Hej, Jules idziemy razem na bal, prawda? – zapytał podchodząc do pary.

- Oj sorki, Joshi, ale idę z Teddym. Myślisz, że mogłabym pójść z tobą skoro dostałam do wyboru jeszcze taką opcję? – zadrwiła, pokazując na sportowca. Josh odsunął się i wrócił do Sophie. W tym samym czasie Julie i Teddy weszli do kantorka, a następnie zamknęli się w nim na klucz. Po chwili dało się usłyszeć pierwsze, na tylko jedno wskazujące, jęki.

   W ten sposób Joshua stracił swoją najlepszą przyjaciółkę, powierniczkę wszystkich sekretów, a Sophie stała się dla niego oparciem i współczuciem, dzieląc się z nim własnym doświadczeniem.

   Teraz Julie w ogóle z nim nie rozmawiała, a jeśli już to tylko go obrażała i wyzywała, ale mimo wszystko chłopak cięgle liczył na to, że jego przyjaciółka do niego wróci.

- Dziękuję ci Sophie – powiedział chłopak.

- Nie ma za co, Josh. Tylko nie przyjmuj tak do siebie tego co ona mówi.

- Staram się, ale za każdym  razem  jak ją taką widzę to przypomina mi się jaka była jeszcze rok temu i zaczynam się zastanawiać co było powodem takiej drastycznej zmiany.

   Dziewczyna zajęła z  powrotem miejsce obok chłopaka i spojrzała na niego. Normalnie nie lubiła patrzeć komuś prosto w oczy, gdy rozmawiała z tą osobą, ale teraz wiedziała, że musi to właśnie zrobić.

- Wiem jak to jest tracić przyjaciółkę. Wiem jak się teraz czujesz. Dam ci więc radę. Kiedy patrzysz na Julie, nie myśl o tym jaka była, albo chociaż się staraj. Oddychaj głęboko i próbuj zamknąć ten rozdział za sobą. Idź dalej. Jeśli zmądrzeje to sama do ciebie przyjdzie. Nie narzucaj się, bo będzie tylko gorzej.

- Dziękuję. Pomagasz mi przetrwać.

- Nie ma problemu.

- Jak to możliwe, że przez tyle lat byliśmy dla siebie tylko kolegami z klasy?

- A teraz nie jesteśmy?

- Jesteśmy, ale… czuję się tak jakbyśmy byli przyjaciółmi. Jakbyśmy…  - gubił się w słowach.

- Witaj przyjacielu – powiedziała z uśmiechem.

- Witaj przyjaciółko – uśmiechnął się słodko.

   Przez chwilę siedzieli w milczeniu, nie przeszkadzając sobie nawzajem   w myśleniu. Dziewczyna nie zastanawiała się o czym myśli jej nowy przyjaciel, ale nad sobą samą a zwłaszcza jedną sprawą. Zrobić to, czy nie zrobić? To dobry pomysł, czy zły? W końcu przekonała samą siebie, żeby zaryzykować , wzięła głęboki wdech i podniosła wzrok na chłopaka.

- Josh?

- Tak?

- Robisz coś dzisiaj?

- Nie. A co chcesz mnie zadźgać i wsadzić do trumny? – zażartował.

- Nie, ale spotykam się dzisiaj z przyjaciółmi. No wiesz: przebieranie, maraton horrorów, zapychanie się słodyczami.

- Brzmi fajnie.

- Moi przyjaciele będą u mnie nocować, więc jako że od dzisiaj  ty też należysz do tego grona dostajesz ode mnie także propozycję noclegu.

- U ciebie w łóżku? – zapytał poruszając brwiami.

- Josh! – pacnęła go w ramię. Chłopak zaczął się śmiać, podobnie zresztą jak ona.

- Au! – złapał się za rękę, udając, że cios go zabolał. – Zgadzam się.

- Świetnie!

- O której mam się u ciebie zjawić?

- O osiemnastej?

- Dobrze, moja przyjaciółko – odpowiedział z uśmiechem. W tym momencie zadzwonił dzwonek oznajmiający początek lekcji. Dziewczyna zerknęła na wiszący na ścianie przyrząd i westchnęła. Nagle poczuła coś ciepłego i miłego na policzku. Gdy spojrzała w tamtym kierunku, ujrzała oddalające się od jej twarzy usta Josha.

- Za co to było? – zapytała szczerze zdziwiona.

- Za to co było, jest i będzie – odparł tajemniczo. Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu. Następnie Sophie zerwała się z siedzenia i popędziła do drzwi, łapiąc dłoń chłopaka i ciągnąc go do drzwi.

- Kobieto, nie wyrywaj mi ręki! – zaśmiał się.

- Jak nie chcesz dostać nagany od pani Bluebird to lepiej się pośpiesz!

- O cholera! – zaklął, przypominając sobie z kim mają lekcje i przyśpieszył kroku, wypadając razem z Sophie z biblioteki i kierując się do swojej klasy.

 

 

***

 

- Wróciłam! – krzyknęła Sophie, rzucając plecak na podłogę.

- Cześć przyjaciółko – z salonu wyłoniła się znajoma postać z burzą czarnych loków na głowie.

- Hej, Nick. A co ty robisz w moim domu?

- Przyszedłem, kiedy twoja mama była jeszcze w mieszkaniu. Jako, że mnie ubóstwia, wpuściła mnie do środka i zostawiła wszystko pod moją opieką do czasu, gdy wrócisz.

- To… dobrze?

- Gdzie idziesz? – zapytał, gdy zaczęła wchodzić po schodach.

- Przebrać się. Nie będę piekła ciasta dyniowego w spódniczce.

- Mógłbym ci pomóc się z niej wydostać – zaproponował, mrugając w jej stronę.

- Zboczeniec – zaśmiała się.

- Ale tylko twój – odpowiedział, podchodząc do niej tak blisko, że ich klatki piersiowe niemal się stykały.

- Co? – zapytała, czując, że brak jej tchu.

- Jestem twoim przyjacielem, więc przy tobie zachowuję się naturalnie. A naturalny ja jest zboczony, więc… - odpowiedział nonszalanckim tonem.

- Acha… Ja… ehm… ja już pójdę – powiedziała, przepychając się koło niego i wbiegając szybko na górę, czując jak bardzo czerwone są jej policzki.

 

***

 

  Kiedy zeszła powrotem na dół skierowała się prosto do kuchni i… zamarła, kiedy zobaczyła co się stało. Na środku pokoju stał Nick. Był ubrany tak samo jak kilka minut wcześniej, ale zarzucił sobie na to jeszcze niebieski fartuch. Na blacie stały przygotowane składniki: miąższ z dyni, mąka,
 jajka, masło, cukier, proszek do pieczenia, cynamon.

- Skąd…?

- Wiedziałem co będzie ci potrzebne? – dokończył za nią. Pokiwała głową w osłupieniu. – Twoja mama wyciągnęła kartkę z przepisem na stół.

- Ale po co wszystko wyciągnąłeś?

- Nie chwaląc, się jestem całkiem niezłym kucharzem, toteż stwierdziłem, że pomogę ci upiec te ciasto.

- Jak ja cię nienawidzę – mruknęła obwiązując dookoła pasa żółty fartuszek. Westchnęła, podeszła do blatu i spojrzała na przepis.

- Tak myślę, że może upiekę jednak babeczki marchewkowe. Jak sądzisz?

- Ciasto cię przerasta? – zapytała z uśmiechem. Gołym okiem było widać, że się z niego nabija.

- Oczywiście, że nie. Po prostu uważam, że tylko jeden wypiek nie jest wyzwaniem dla tak genialnego piekarza – odpowiedział, udając uśmiech pełen dumy do samego siebie.

- Skoro tak mówisz.

   Sophie przesunęła się bardziej w lewo ze swoim sprzętem, tworząc tym samym  miejsce chłopakowi na sąsiednim blacie. Rozłożyli potrzebne składniki, uśmiechnęli się pokrzepiająco do siebie i zaczęli przygotowywać słodkości.

   Kiedy masa była już prawie gotowa, a do jej zakończenia potrzeba było już tylko wymieszać sypkie składniki z mokrymi, którymi dziewczyna aktualnie się zajmowała z należytą uwagą i szacunkiem, zerknęła katem oka na swojego towarzysza.

   Nigdy nie pomyślałaby, że chłopcy mogą wyglądać pociągająco w takim stroju. Ale Nick właśnie jej to udowodnił. W tym fartuchu wyglądał tak kusząco, że miała ochotę zerwać z niego  ubranie i robić… różne rzeczy.

   Spróbowała otrząsnąć się z szoku i spojrzała na jego zgrabne dłonie, z wprawą ugniatające surowe ciasto. Musiała przyznać przed światem, a co najważniejsze przed samą sobą, że chłopak wyglądał na bardzo pewnego siebie. Musiał wiedzieć co robi. I to się jej jeszcze bardziej podobało. Zawsze pragnęła mieć chłopaka, który potrafiłby gotować, czy piec, a teraz go dostała. I… Chwila, co?! Nicholas Miles nie był, nie jest i nie będzie jej chłopakiem! To tylko kłopoty. A ona i tak nic do niego nie czuła. Kompletnie. Ona tylko uważała, że natura lepiej go obdarzyła.

   Z tego dziwnego stanu gwałtownie wyciągnęło ją poczucie posiadania czegoś sypkiego na nosie. Zamrugała gwałtownie oczami, zaczynając widzieć wyraźnie. Pierwszym co ujrzała był Nick stojący naprzeciwko niej z cwanym uśmieszkiem błąkającym się na ustach. Jej mózg, po zmobilizowaniu olbrzymich ilości energii, znowu zaczął pracować na normalnych obrotach, i gdy trybiki w jej umyśle weszły w normalne tempo pracy zorientowała się, że chłopak pokrył jej nos mąką.

- Ups – wzruszył ramionami i zabrał się do dalszej pracy.

    Dziewczyna odstawiła garnek z wymieszanymi już składnikami i sięgnęła po białe pudełko. Wyciągnęła z niego garść kremowego proszku i wsypała pomiędzy czarne loki chłopaka. Odskoczył gwałtownie od blatu i spojrzał na nią z mordem w oczach. Jak zawsze udawał, że utrzymanie idealnej fryzury jest dla niego priorytetem, ale kiedy poznało się go bliżej okazywało się, że jego fryzura była naturalnie układana przez poduszkę i wiatr.

- Ups – powtórzyła jego słowa i wzruszyła ramionami w identyczny sposób.

   Podszedł do niej powoli, a ona zaczęła się cofać, mimo że ciągle się uśmiechała. Gdy wyciągnął rękę w jej stronę, spróbowała szybko pod nią przebiec i uciec, ale niestety Nick złapał ją w pasie i pokrył jej głowę i twarz tą samą substancją co wcześniej. Sophie zaczęła pluć i charkać, próbując pozbyć się tego okropnego smaku z ust.

   Nie mając większego pomysłu na sposób wyplątania się z jego uścisku, złapała całe pudełko i wysypała połowę jego zawartości, na niespodziewającego się ataku Nicka. Sprawdza się jednak powiedzenie: „Głupi ma szczęście”, ponieważ ich wojna zaczęła się, gdy mąką do wypieków nie była już potrzebna.

   Chłopak puścił ją gwałtownie i zaczął ocierać oczy i nos z proszku. Podszedł do niej i otarł sobie twarz o jej włosy. Zaczęła się śmiać, gdyż dla postronnego odbiorcy musiałoby to wyglądać naprawdę komicznie.

   Nagle poczuła, że jej nogi unoszą się w powietrzu, a ciało znajduje się w innym położeniu. Nie widziała już podłogi, a plecy chłopaka. Zorientowała się, że Nick przerzucił ją sobie przez ramię i kieruje się teraz w stronę schodów, niosąc ją jak worek ziemniaków.

- Nick co ty planujesz? – zapytała, gdy zaczął wspinać się po drewnianych schodach.

- A jak sądzisz?

- Nienawidzę, gdy odpowiadasz pytaniem na pytanie – mruknęła.

- Nieprawda. Kochasz to.

   Prychnęła ledwo słyszalnie, a on w odpowiedzi tylko zaśmiał się cicho. Nucił pod nosem jakąś zasłyszaną melodię, sprawiając wrażenie naprawdę wesołego i zrelaksowanego jakby nie było w zaistniałej sytuacji nic dziwnego. Może dla niego była to codzienność. Właśnie. Dla niego. Dla niej nie. Żaden chłopak z własnej woli nie wziąłby ją na ręce, no chyba żeby musiał. A i tak załamałby się pod jej ciężarem.

   Gdy dotarli na piętro, Nicholas wszedł w głąb korytarza. Przeszedł bez słowa jej pokój, jej brata i sypialnię rodziców. Uświadomiła sobie, że zostały jeszcze dwa pomieszczenia: pokój gościnny i łazienka. Zaczęła zachodzić w głowę, co jemu chodzi po głowie.

  Zatrzymał się. Miał dwie opcje: drzwi po lewej stronie i po prawej. Od kierunku zależało tak wiele.

  Prawo. Łazienka. Tylko po co mu ona była? Chciał załatwić potrzeby fizjologiczne? Ale w takim bądź razie do czego potrzebna mu była Sophie? Dla towarzystwa?

   Chłopak bez słowa ruszył do przodu i rozsunął wolną ręką drzwi kabiny prysznicowej. Już wiedziała o co chodziło, chociaż łudziła się, że może się mylić.

    Poczuła, że jej ciało zsuwa się po twardym ramieniu, a następnie znowu spoczywa pionowo na podłodze. Tuż koło niej stał Nick. Byli tak blisko siebie, że czuła ciepło jego ciała  i twardą klatkę piersiową, gdy brał głębokie wdechy.

    Nagle zalała ją fala chłodnej wody. Pisnęła cicho, zaskoczona tym uczuciem. Poczuła, że ubrania stają się mokre, ciężkie i przyklejają się do skóry. Nick zaśmiał się , widząc jej reakcję. Sam był całkowicie obojętny na wodę spływającą po jego ciele.

    Zrobiła krok w jego stronę z zamiarem popchnięcia go, by pokazać mu swoją opinię na temat jego zachowania, niestety poślizgnęła się na mokrej nawierzchni i poleciała do tyłu. Wyciągnęła ręce na oślep, próbując chwycić się czegokolwiek. Jednak wyczuła tylko pustkę. Zacisnęła powieki, szykując się na bolesny kontakt z twardą podłogą, ale… nic takiego się nie wydarzyło.

    Otworzyła oczy. Zrozumiała, że stoi oparta o ścianę prysznicową. Nick musiał ja złapać i oprzeć, by znowu nie upadła. Spojrzała na jego twarz. Patrzył na nią spod półprzymkniętych powiek. Piękne, pełne usta były lekko rozchylone. Mokre włosy przykleiły się do twarzy. Przesiąknięte wodą ubrania przylegały do ciała, podkreślając jego idealne kształty. Ich klatki piersiowe ocierały się o siebie przy każdym wdechu.

- Teraz już nie jesteśmy pokryci mąką.  – powiedział oddychając ciężko. Ona sama dyszała jakby przebiegła maraton. Zastanawiała się co jest tego powodem. Chłopak przysunął się jeszcze bliżej niej tak, że nie było już między nimi nawet milimetra wolnej przestrzeni. Uniósł jej twarz i spojrzał głęboko w oczy. Źrenice miał rozszerzone, a tęczówki nie były już zielone. Były czarne.

   Temperatura w kabinie podniosła się o dobre kilka stopni Celsjusza. Sophie czuła się jakby zamknięto ją w saunie. Było jej duszno, nie mogła oddychać. Chłopak przesunął dłonią po jej policzku, przejeżdżając opuszkiem po dolnej wardze, rozdzielając ją tym samym od górnej. Dziewczyna westchnęła głośno. Nogi miała jak z waty, nie wiedziała jak długo była w stanie wytrzymać jeszcze w pozycji wyprostowanej.

    Jego dłoń zatrzymała się na obojczyku, po wypukłościach piersi, aż dotarły do talii. Czuła się jakby sunął po niej ogień, wypalający ścieżkę aż do jej duszy, pozostawiając ją nagą i bezbronną.

   Drugą rękę wsunął pomiędzy jej mokre włosy i odchylił głowę jeszcze bardziej do tyłu, odsłaniając szyję.

  To napięcie było nie do wytrzymania. Pocałuj mnie! – krzyczało jej wnętrze. Tak bardzo pragnęła poczuć te malinowe usta na swoich. Jej ciało i dusza tęskniły do takiego doznania, chociaż sama nie wiedziała skąd w jej wnętrzu pojawiło się tak gwałtowne uczucie względem tego chłopaka.

- Sophie – wyszeptał do jej ucha kusząco. Zakręciło jej się w głowie. Popatrzył jej głęboko w oczy, a następnie zaczął zbliżać swoje usta do jej warg. Nie obchodziło ją, że woda, obmywająca ich ciała była zimna, ani to, że zaraz wydarzy się coś od czego nie było odwrotu. Nie było wczoraj, czy jutro. Było tylko teraz.

   I gdy jego usta znajdowały się kilka centymetrów od jej, zmarszczył brwi i zatrzymał się.

- Cholera – zaklął cicho. – Tylko przyjaciele, przyjaciele – powtarzał jak mantrę. Odsunął się gwałtownie o kilka kroków, wyłączył wodę.

- Przepraszam.… Za wszystko – wyszeptał skruszony, patrząc na nią. Następnie spuścił wzrok i wyszedł, zostawiając ją z ogromnym mętlikiem w głowie.

 

 

***

 

   Pół godziny zajęło jej dojście do siebie, wysuszenie i przebranie.

   Gdy znalazła się w kuchni spojrzała zrezygnowana na bałagan, który zrobiła razem z chłopakiem, wzięła szczotkę i zaczęła zamiatać podłogę.

   Nuciła piosenki, starając się tym samym wyrzucić z umysłu myśli o Nicku i o tym co o mały włos wydarzyło się w łazience. Nie sądziła, że może czuć takie pragnienie, taką potrzebę kontaktu z drugą osobą. To nie było normalne. To było całkowicie niespodziewane.

   Wytarła ścierką resztki mąki z blatu i sprawdziła w jakim stanie znajdują się masy. Westchnęła z ulgą, gdy okazało się, że wszystkie były w bardzo dobrym stanie.

   Wlała swoje dyniowe ciasto do formy i wsadziła je do piekarnika, a pod spód dorzuciła jeszcze zrobione przez Nicka babeczki marchewkowe.

   Gdy piekarnik był już zamknięty, a minutnik ustawiony, ruszyła z powrotem do tej pamiętnej łazienki, by przygotować się na wieczór.

   W tym roku jej rodzice okazali się bardzo łaskawi. Wysłali jej brata do kuzyna, by mogli razem zbierać cukierki od zaopatrzonych w słodkości sąsiadów, a sami pojechali razem z nim, by spędzić ten wieczór razem z jej ciocią i wujkiem. Pozwolili jej zaprosić kilku znajomych, ale tylko, jeśli nie mieli zamiaru urządzać imprezy. O swoich planach powiedzieli także sąsiadom, których poprosili o kontakt, gdyby usłyszeli jakieś niepokojące dźwięki dochodzące z ich domu. Mimo wszystko Sophie i jej przyjaciele mogli bawić się bez nadzoru rodziców, a to już był sukces.

   Ściągnęła bluzkę, bojąc się, że podczas malowania ubrudzi się i wyciągnęła z kosmetyczki mamy wszystkie potrzebne rzeczy. Sama nie nakładała na twarz ani grama makijażu, no chyba, że jechała na urodziny lub w szkole odbywały się jakieś ważne uroczystości. Właśnie przez to nie miała nic co mogłoby przydać jej się do charakteryzacji, a jej rodzicielka posiadała tego tyle, że spokojnie wystarczyłoby dla kilku kobiet.

   Wyciągnęła biały puder i zaczęła nakładać go na twarz. Patrzyła jak normalnie lekko zaczerwienione policzki stają się coraz bledsze aż w końcu nic nie różniło ich od ściany znajdującą się za dziewczyną. Następnie pomalowała rzęsy czarnym tuszem. Na końcach kości policzkowych narysowała czarne linie, a nad nimi czerwone. Prawą powiekę pokryła granatowym cieniem, a miejsce przeznaczone na oznaki niewyspania fioletowym. Pas pomiędzy rzęsami a okiem pokryła natomiast czerwienią. Lewą cześć ust pokryła krwistą szminką, a resztę białym pudrem. Na końcu pomalowała brwi czarną kredką, a na szyi i czole zostawiła  narysowane szycia. Na koniec podtapirowała włosy i pokryła je olbrzymią ilością lakieru, by takie pozostały.

   Ubrała już dano nie zakładaną koszulę w kratę, którą następnie wpuściła w spodnie z dziurami. Na wszystko narzuciła stary, biały, specjalnie nie wyprasowany kitl lekarski i zielone rękawiczki na dłonie.

   Spojrzała w lustro i omal nie zakrztusiła się własną śliną. Gdyby nie wiedziała, że to ona sama to pewnie by się nie poznała. Wyglądała jak najgorsza pacjentka zakładu psychiatrycznego z horroru. I o to właśnie chodziło.

   Zerknęła na zegarek, a w tym momencie w całym domu rozległ się dźwięk minutnika. Zbiegła po schodach i wyłączyła piekarnik. Ściągnęła rękawiczki i założyła te kuchenne, a następnie wyciągnęła na drewnianą deskę wypieki. W całej kuchni czuć było cynamon z dynią. Dziewczyna miała wielką ochotę spróbować ciasta, czy babeczek, ale wiedziała, że mogła to zrobić dopiero, gdy pojawią się jej przyjaciele.

   Jako, że miała jeszcze prawie godzinę czasu wolnego przeszła się po domu, sprawdzając czy pokoje utrzymane są w należytym porządku. Zatrzymała się na dłużej w ostatnim pomieszczeniu, czyli w jej pokoju. Na podłodze leżał rozłożony materac i dwa śpiwory. Podeszła do półki, na której leżały książki wypożyczone z biblioteki i ściągnęła z niej „Dziesięć płytkich oddechów.”

   Kiedy zeszła do salonu, usiadła na sofie, wcześniej sprawdzając, czy na stoliku leżą cztery horrory wypożyczone na noc.

   Gdy każdy zakamarek został sprawdzony przez jej czujne oko, usiadła na kanapie i zaczęła czytać. Powieść wydawała się dość ciekawa, a tematyka utworu intrygująca. Niestety Sophie nie była zwolenniczką historii, w których dziewczyna poznaje chłopaka i robi jej się słabo na jego wygląd, a w brzuchu wybucha ogień. Według Underwood to oznaczało, że bohaterka była płytka, gdyż oceniała mężczyznę przez pryzmat jego wyglądu, a nie ze względu na jego osobowość. Nie można było czuć takiego pożądania, gdy tej osoby się nie znało. To zakrawało na wykorzystywanie seksualne.

   Kolejnym minusem było to, że głowni bohaterowie znali się zaledwie kilka dni, a już się całowali i zaczynali być parą. Przecież oni nic o sobie nie wiedzieli! W normalnych przypadkach takie zachowanie było totalną  głupotą, a gdy obydwie mieli mroczną przeszłość? To totalny idiotyzm. To nie powinno tak wyglądać. Przynajmniej według Sophie.

- O cholera! – wykrzyknęła, gdy bieg historii zmienił się w sekundzie, dosłownie, o 180 stopni. W tym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Siedziała przez chwilę oniemiała, patrząc pustym wzrokiem na przeczytane zdanie, gdy w końcu uświadomiła sobie, że powinna sprawdzić, kto próbuje dostać się do jej domu.

   Zamknęła książkę i rzuciła ją na sofę, podbiegając do drzwi. Otworzyła je na oścież, a jej oczom ukazał się superman w czerwonych rajstopach i żeńska wersja Sebastiana z „Kuroshitsuji”. Za nimi stał  przystojny i o wiele młodszy od oryginalnej wersji, kapitan Jack Sparrow.

- Sophie? – zapytał zdziwiony Jim.

- Tak – odpowiedziała dumna z takiej reakcji przyjaciela na jej kostium.

- Gdybym nie wiedział, że tutaj mieszkasz i tylko ty jesteś w domu to bym cię nie poznał. I tak nie poznałem, ale to musiałaś być ty.

- Dziękuję. Super kostiumy.

- Aj tam. W porównaniu z tobą wypadamy blado – odparła Grace – A właśnie. Spotkaliśmy tego tutaj pana, który powiedział, że także zmierza do twojego królestwa.

- A tak. Grace, Jim poznajcie Joshuę mojego, od dzisiaj, przyjaciela z klasy. Joshua poznaj Grace i Jima moich przyjaciół, których znam od roku po tym jak  zaczęłam całkowicie funkcjonować bez pieluchy.

- Hej – powiedziała cała trójka równocześnie i podali sobie nawzajem dłonie.

   Kiedy każdy z każdym już się poznał, weszli w głąb mieszkania. Grace i Jim zaczęli wyciągać z toreb soki owocowe i przekąski w postaci żelek, czy chrupek,  pani domu skierowała się do kuchni.

- Pomóc w czymś? – zapytał Joshua, gdy wyciągała patelnię.

- Możesz pokroić ciasto i ułożyć je na talerzu, a na drugim poukładać babeczki.

- Dobrze madame – powiedział z zaraźliwym uśmiechem i zajął się wyznaczonym zadaniem. Dziewczyna wylała odrobinę oleju i wsypała na patelnię ziarna kukurydzy. Przykryła naczynie pokrywką i wlepiła w nie wzrok.

- Co robisz? – zapytał po chwili Josh.

- Nie wiem jak ty, ale ja uwielbiam patrzeć na skaczący popcorn i słuchać jak obija się o przykrywkę.

- Serio?

- Tak.

   Stali chwile w milczeniu, a gdy pierwsze ziarna zaczęły wybuchać, Sophie powiedziała:

- Idź lepiej wybierz jakiś horror.

- A Grace i Jim nie mogą tego zrobić?

- Mogą, ale będą się zażarcie przy tym kłócić. Grace lubi krwawe jatki, a Jim jest bardziej… jakby to ująć… delikatny. To cud, że w ogóle zgodził się na ten gatunek filmu, zważywszy na to, że jego ulubionym są komedie.

- Czyli mam zapobiec ewentualnej kłótni i spróbować pomóc im znaleźć złoty środek?

- Dokładnie – powiedziała. Chłopak ruszył do salonu, a ona znowu zaczęła przyglądać się patelni i temu co dzieje się z ich przyszłą przekąską.

 

***

 

- Jak tam wam idzie wybieranie filmu? – zapytała Sophie wchodząc z dwoma misami wypełnionymi popcornem.

- Rokowania zakończyły się pomyślnie – odpowiedziała Grace.

- W takim bądź razie co oglądamy?

- To – odpowiedział Jim, wskazując na opakowanie leżące przed nim.

- Tak właśnie myślałam.

- To dlaczego nie wypożyczyłaś tylko tego filmu?

- Noc jest długa, jeden by nie wystarczył, a po drugie mieszkamy w demokratycznym kraju. Chciałam dać wam możliwość wyboru.

- Jakaś ty hojna – powiedział Jim.

- Co nie? – zapytała z uśmiechem.

   Usiadła na dywanie, opierając się plecami o kanapę. Josh zajął miejsce w fotelu, a Grace i Jim na sofie.

- Masz  - przyjaciółka podała Sophie koc. Dziewczyna spojrzała na nią z pytaniem w oczach. - Wiem, ze za góra dziesięć minut zrobi ci się strasznie zimno. Znam cię. Lepiej już teraz się nim przykryj.

- I właśnie dlatego się przyjaźnimy – powiedziała Sophie i wzięła od niej nakrycie, którym następnie opatuliła swoje już chłodne ciało.

     Jim załączył odbiornik DVD i włożył płytę do urządzenia. Po chwili na ekranie pojawiły się pierwsze sceny z filmu…

 

 

***

 

- Nie rób tego! Do cholery idiotko, nie rób tego! – tego krzyczał Jim. Sophie przytulała się do koca, a Josh i Grace… ach nie ważne.

   Nagle do uszu Sophie doszedł trzask. Sięgnęła po pilota i zatrzymała film.

- Ej! – usłyszała trzy jęki zawodu.

- Słyszeliście to? – zapytała.

- Co?

- Ten dźwięk.

- Nie-e.

- Cicho bądźcie.

  Po chwili rozległy się kolejne niepokojące odgłosy.

- Dobra, teraz już słyszę. – powiedział Jim.

- I co robimy?  - zapytała Grace.

- Jak to co? – zapytała Sophie. – Idziemy to sprawdzić. Ja pójdę na górę, Grace sprawdź piwnicę, a Jim i Josh to piętro. Zgoda?

- Zgoda – odpowiedzieli i każdy ruszył w swoją stronę.

   Underwood weszła po schodach, najciszej jak potrafiła. Wolała nie zapalać światła, by… sama nie wiedziała dlaczego.

  Ruszyła w głąb korytarza, nasłuchując chociażby najcichszego dźwięku. Gdy przechodziła koło swojego pokoju, zatrzymała się, próbując ustalić co się właściwie dzieje.

  Nagle ktoś złapał ją w pasie i wciągnął do pomieszczenia. Próbowała krzyczeć, ale intruz zasłonił jej usta dłonią. Gdy drzwi zamknęły się za nimi, wyrwała się z uścisku i na oślep przeszła kilka kroków w tył.

   Niespodziewanie jej oczy zalała olbrzymia ilość światła. Zacisnęła powieki, próbując odciąć się od nawału nowych widoków. Dopiero po chwili spróbowała popatrzeć na to co się dzieje.

   Przed nią stał bardzo wysoki mężczyzna. Przesunęła wzrokiem po jego ciele aż dotarła do znajomych czarnych loków, dołeczków w policzkach i zielonych oczu.

- Nicholas! – krzyknęła zdumiona.

- We własnej osobie – powiedział z uśmiechem.

- Co ty tutaj do cholery robisz?! I jak się tutaj dostałeś?!

- Pamiętasz jak mówiłem ci kiedyś, że łatwo dostać się do twojego pokoju, wspinając się po tamtym drzewie? – zapytał wskazując na wielką roślinę – Oczywiście, jeśli okno jest otwarte.

- Ta-ak.

- Właśnie w taki sposób dostałem się do twojego domu.

- Super – odpowiedziała zdenerwowana. Podeszła do okna i jednym, gwałtownym ruchem je zamknęła.

- Nie denerwuj się. Po prostu chcieliśmy zrobić ci niespodziankę.

- My?!

- Ja, Micheal i Thomas. Evan tez chciał przyjść, ale stwierdził, że woli jednak towarzystwo swojej dziewczyny i dawno nie widzianych rodziców.

- Nie dziwię mu się – mruknęła. - No to gdzie reszta tej twojej bandy? – zapytała zrezygnowana.

- A nie wiem.

- Sophie! – usłyszeli krzyk Grace.

- Chyba się znaleźli – mruknęła.

  Zbiegła po schodach, słysząc kroki Nicka za sobą.  W salonie stali: Grace, Jim, Thomas, Evan i Joshua, który chyba miał skurcz szczęki, bo trzymał ją szeroko otwartą.

- Sophie, czy to są ludzie, którymi myślę, że są? – zapytał powoli.

- Płatnymi mordercami kotów? – zapytał Tom.

- To This Moment – powiedziała ze znużeniem.

- Nie wiedziałem, że masz takich ciekawych znajomych.

- Ta-a.

- Twój kostium jest zajebisty laska. Omal nie zrobiłem w gacie jak cię zobaczyłem – oświadczył Micheal.

- To co robimy? – zapytał Nicholas.

- Filmu już raczej nie zobaczymy do końca, a od początku to raczej bez sensu, więc może… - zaczęła Grace.

- „Prawda, czy wyzwanie”? – zaproponował Josh.

   Wszyscy pokiwali głowami. Jedni z większym entuzjazmem niż drudzy. Usiedli na panelach, a Jim sięgnął po pusta butelkę po soku jabłkowym.

   Nie było aż tak źle, chociaż Micheal w wyniku jednego wyzwania siedział w samych bokserkach, a Thomas przed chwilą skończył próbę zaśpiewania arii operowej. Jak wszyscy się spodziewali nie był to jego typ muzyki, ani do śpiewania, ani do słuchania.

- Sophie, prawda czy wyzwanie? – zapytał Tom.

- Prawda.

- Z iloma osobami się już całowałaś?

  W odpowiedzi dziewczyna pokazała mu zaciśniętą pięść.

- Ile widzisz palców? – zapytała.

- Zero.

- Masz odpowiedź.

- Naprawdę? Ej no bez jaj.

- Serio, serio. Mam dziewicze usta.

   Po kilku minutach znowu butelką kręcił Thomas i znowu wypadło na Underwood.

- Prawda, czy wyzwanie.

- Wyzwanie.

- Uhuhu. Dobra. Pocałuj Nicka.

- Co?!

- No dajesz. Chce zobaczyć rozdziewiczanie twoich ust.

- Cholera – zaklęła cicho. Podeszła do Nicholasa i usiadła obok niego. Spojrzała mu w oczy. Otarła dłonie o spodnie, czując, ze są spocone. Zaczęła przybliżać swoją twarz do jego. Było to dla niej dziwne i krępujące. Czuła jak wszystkie pary oczu są skierowane właśnie na nią i bacznie śledzą każdy jej ruch.

  Gdy ich twarze dzieliły ostatnie centymetry, gwałtownie wstała i wbiegła po schodach do swojego pokoju. Rzuciła się na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę. Nie mogła tego zrobić. Po prostu nie mogła. Nie potrafiła.

 

 

***

 

   Obudziła się w środku nocy. Zorientowała się, że leży na czymś twardym i unoszącym się w górę, a potem opadającym w dół. Czuła ciężar na plecach i miękkość pomiędzy palcami. Coś było splątane z jej nogami. Niestety była zbyt zaspana, by zastanowić się nad zaistniała sytuacją.

    Gdy jej umysł zaczęły porywać potężne fale snu, w jej głowie pojawiła się myśl, że śpi na męskim ciele ,jego ramiona oplatają jej talię,  jej nogi splatane są z dolnymi kończynami kogoś innego, a palce ma wplecione w jedwabiste loki. Jednak była zbyt zmęczona by jakoś zareagować…

 

***

    Sophie obudziła się gwałtownie. Leżała w szpitalnym łóżku. Jim stał na korytarzu i z kimś rozmawiał, czy lepiej powiedzieć: kłócił.

    To tylko sen – próbowała sobie wmówić. Ale to nie był zwyczajny sen. To było wspomnienie. Wspomnienie minionego piątku, dnia przed urodzinami Natalie. To właśnie przez wydarzenia tamtego dnia słowa Nicka bolały jeszcze bardziej niż powinny.
 
 
 
 
Już wiecie? Nie zabijajcie mnie.